piątek, 2 stycznia 2015

Hobbicka choinka

Słyszałem nieraz pieśni o bitwach i wyobrażałem sobie, słuchając ich, że klęska może być pełna chwały. Ale teraz widzę, że to rzecz straszna, by nie rzec: rozpaczliwa.
/J.R.R. Tolkien, Hobbit

Do tej pory pisałyśmy raczej peaniki, nadszedł czas, żeby pofuczeć, skoro okazja sama się napatoczyła - i na imię jej Hobbit: Bitwa Pięciu Armii. 

Jestem rozczarowana Hobbitem, a szłam na niego z wyjątkowo niskimi oczekiwaniami, więc zdawało się, że już prędzej przejdzie nad poprzeczką niż przeczołga się pod nią. Niespodzianka. Pożyczając podsumowanie od bliźniaczej duszy, której potępieńcze westchnienia i przewracanie oczami na kiczowaty dialog podtrzymywały mnie podczas seansu w przekonaniu, że nie jestem osamotniona w moim nieszczęściu (thank you, Linus!): spodziewałam się, że będę się nudzić na zbyt wielu scenach bitewnych, ale reszta będzie do życia. Błąd. Scen bitewnych faktycznie było zbyt wiele, i były nudne, ewentualnie fascynująco niedorzeczne (Legolas skaczący niby ta łania po spadających już kamieniach, Eru miej litość), tutaj więc wszystko poszło zgodnie z przewidywaniami, okazało się jednak, że największy problem pojawiał się nieodmiennie, kiedy przestali się nawalać i zaczynali ze sobą rozmawiać. O prawdziwej miłości, która boli, bo jest prawdziwa, na przykład. Eru miej litość.

Było kilka plusów, o których wspomnę na początku, zanim znikną mi z pamięci. Plusem był, jak zwykle, aspekt wizualno-muzyczny: muzyka, kostiumy, scenografia (chociaż naprawdę, naprawdę czas, by ktoś w Śródziemiu wynalazł poręcz, te wąskie, niczym niechronione mosty nad przepaściami nie powinny przejść przez nadzór budowlany). Bilbo był plusem, nieodmiennie od pierwszej części– w przeciwieństwie do Froda, który z filmu na film, zamiast się wyrabiać, był coraz bardziej snującym się widmem ciekawego, książkowego pierwowzoru, Bilba od początku oglądało się dobrze. Z czasem, kiedy do jego rezolutnej, chłodnej oceny sytuacji i trafnych komentarzy dochodziło coraz więcej dobrych pomysłów i pewności siebie i był w stanie powiedzieć krasnoludom, czarodziejom czy elfim królom, żeby się, z łaski swojej, ogarnęli, wyrósł na bardzo udanego bohatera. W filmie zatytułowanym, było nie było, Hobbit, powinno się to pozytywnie przekładać na odbiór całości – ale niestety, w trzeciej części było go niewystarczająco widać, żeby dał radę uratować cokolwiek poza własnymi scenami.

Drugim plusem jest to, że nie przeciągnęli smoka przez ¾ tego filmowego nieszczęścia, tylko zabili go zgodnie z planem zdarzeń Tolkiena. Biorąc pod uwagę, że nie mieli za wiele do pokazania, bałam się, że będą odraczać ten moment w radosną nieskończoność. Smok poział, posiał zniszczenie, pogadał za dużo (a było zasiać zniszczenie jeszcze na tę jedną, małą wieżyczkę, na której stał Bard, a która jakimś radosnym przypadkiem długo była ognioodporna) i miłościwie zniknął w morzu ognia i efektownej destrukcji, takiej spod znaku „nie przejmujmy się sensem, przejmujmy się, jak to będzie wyglądać w IMAX-ie!” (skojarzenie z Vengeance rujnującą zauważalną część San Francisco było nieuniknione, na każdym poziomie). Punkt z efektywną zadymą odhaczony już na samym początku.

Problem, z jakim został Hobbit po zlikwidowaniu smoka był jednakże taki, że cokolwiek skończyła mu się treść. Zostało jeszcze oddanie gorączki złota – natrętnie już zrobione na paralelę z Jedynym Pierścieniem, łącznie z syczeniem i kluczowymi słowami i przekazanie Arcyklejnotu, bardzo porządnie zrobiona scena, jeszcze jeden plus. Strach mnie obleciał, kiedy Thranduil zaczął wzdychać jeszcze do jakichś białych kamyków, bo oczyma wyobraźni widziałam już dodatek do fabuły a’la Jackson, w którym Bilbo zakrada się do skarbca jeszcze raz, żeby spełnić supertajny warunek, o którym nawet sam Tolkien nie wiedział – ale najwyraźniej szkoda było nawalanki, co w tej sytuacji policzę twórcom w poczet zasług. Mogliby trochę ją za to uciąć na rzecz dłuższej konfrontacji Bilba z Thorinem, w którym może więcej byłoby rozmowy (takiej wziętej z książki, proponowałabym, inaczej bowiem wychodzi miłość, która boli, bo jest prawdziwa – mnie do dzisiaj boli to zdanie, więc będę nim rzucać na prawo i lewo, aż się odczepi), a mniej spychania się z różnych wysokich krawędzi.

Z drugiej strony, spychanie z wysokich krawędzi to poniekąd już znak firmowy Jacksona, nie mogło go więc zabraknąć w pożegnalnym filmie.

Reszta to bitewny chaos z chaotycznymi przerywnikami. Przedobrzyli wątek Czarnoksiężnika, który zapowiadał się obiecująco w pierwszym Hobbicie, pełnym niejednoznacznych wskazówek gęstniejącego nad Śródziemiem mroku. Tutaj nawet w nim nie było już wiele do powiedzenia czy zasugerowania, sprowadzony więc został do jednej walki, w której Galadriela odstraszała swoim topielczym wyglądem i nie było w tym ani nic naprawdę strasznego, ani, co gorsza, szczególnie niejednoznacznego. Oko pojawiło się w całej glorii kiepskich efektów specjalnych, co zostawia Białą Radę bez żadnego dobrego wytłumaczenia, dlaczego przez kilkadziesiąt lat w ogóle się nim nie zainteresowała – i zdrada Sarumana nie jest bynajmniej wystarczająco dobrym powodem.

Zapychacze w postaci Tauriel i Legolasa wnosiły tylko dodatkowe elementy chaosu. Wysłani gdzieś na daleką wycieczkę krajoznawczą, wrócili tylko po to, żeby powiedzieć, że maszerują orki – coś, co prawdę mówiąc wiedzieli, zanim w ogóle poszli, i nie mam pojęcia, co zamierzali osiągnąć. Poza udowodnieniem, że nie było na nich dobrego pomysłu, ale tutaj akurat nie jestem zupełnie zaskoczona, co mogło wyjść z Legolasa na pierwszy plan w historii, w której go nie było albo wymyślania od początku zupełnie nowej postaci. Nigdy nie oczekiwałam po Tauriel niczego dobrego.

I teraz, nie chodziło mi o to, że nie chcę w filmie oryginalnie wymyślonej przez Jacksona elfki, w sensie dodatkowej kobiecej postaci w całym tym bałaganie zbyt wielu facetów. Chodziło mi o to, że nie chcę w filmie żadnej oryginalnej postaci wprowadzaj przez Jacksona, ponieważ z całym szacunkiem, oryginalne wątki nie są jego szczególnym atutem. Co próbował napisać coś po swojemu, z małym, szczęśliwym wyjątkiem intrygi politycznej w Pustkowiu Smauga (który zresztą w ostatniej części przeszedł w smutną regułę), wychodziła mu z tego mniejsza bądź większa katastrofa, zwykle zawierająca w sobie któregoś z bohaterów zwisającego z klifu czy też niepotrzebny i nieprzekonujący angst (Legolas kłócący się nie wiadomo o co z Aragornem w Helmowym Jarze, strzelający focha Sam). Tak jak smykałka do scenograficznego wizjonerstwa jest asem w rękawie tego akurat reżysera, tak jego miłość do własnych wtrętów co i rusz okazywała się potrzebna jak dziura w moście. Toteż, kiedy usłyszałam, że wprowadza do Hobbita własną postać w większym wymiarze godzin, zamarłam ze zgrozą. Własne postacie są osobną kategorią nieszczęść w inwencji Petera Jacksona - w Dwóch Wieżach poległ nawet wprowadzeniu oryginalnej postaci konia i Brego, skądinąd bardzo urodziwy, sensu nie miał w ogóle. Miałam wątpliwości, czy człowiek, który nie umie napisać konia, powinien tworzyć elfkę. Z tego co naokoło widzę, wiele osób się ze mną nie zgadza, ale dla mnie naprawdę, naprawdę nie powinien. [Luźna myśl: jeśli chciał więcej kobiet, byłabym szczęśliwsza, gdyby któryś z krasnoludów okazał się krasnulodzicą. Dużo szczęśliwsza. ]

Jackson nie jest osamotniony w swoim problemie z pisaniem postaci, kobiecych czy nie – a mianowicie, uzależnienia tego, jak silna i ciekawa jest postać od tego, jak silnie i ciekawie macha mieczem (łukiem, nożem, kopytem w przypadku konia Brega). Ewidentnym przykładem na to jest kompletna porażka, jaką był filmowy Frodo, którego siła zawsze leżała zupełnie gdzie indziej, nie do oddania w zmyślnej scenie walki. Postacie Tolkiena, o ile nie grał ich potykający się ciągle Wood, ratował z tej smutnej sytuacji fantastyczny materiał źródłowy, wzięta prosto z głowy reżysera Tauriel nie miała szans na rolę ciekawszą niż wniesienie do przygodowej historii elementów romansu w wydaniu perfekcyjnej wojowniczki z perfekcyjną miłością do perfekcyjnego krasnoluda, która kończy się perfekcyjną tragedią (i miłość boli, bo jest prawdziwa. Kluczowe zdanie). Nigdy nie było dostatecznie dużo miejsca, żeby została czymś więcej niż naprędce skleconą kliszą – nawet w drugim filmie, kiedy jeszcze chociaż próbowali. Tu już nawet nie próbują, nie mają czasu. Bitwa się zbliża, a cały schemat jest gotowy i czeka na zalanie wrzącą wodą, historia miłosna w wersji instant, dodana do na szybko naszkicowanego konfliktu z Thranduilem, o którym chyba nawet sami twórcy zapomnieli w filmie trzecim. Nie spodziewam się po superprodukcji takiej jak Hobbit, że wymyśli jakiś nowy sposób na opowiadanie historii, powie coś odkrywczego o świecie jako takim czy przemyci w wirze bitewnym głębokie treści filozoficzne – ale mógłby chociaż nie zapędzać sam siebie w najbardziej powtarzalne schematy.

Jeszcze gorszy był doradca króla, smutna pozostałość po szczęśliwym wyjątku, którego już z jakiegoś powodu przeciągnęli przez ¾ filmu, chociaż jako żywo nie pełnił żadnej funkcji fabularnej, nie miał nic do powiedzenia i nie był zabawny. Przynajmniej u mnie rozlegały się niezadowolone pomruki na widowni na jego widok i nie wszystkie były moje. Ten już w ogóle mógłby się przedstawiać Pan Klisza i zupełnie nie mam pomysłu, po co dziada wymyślili.

Poniekąd było do przewidzenia, że Hobbitowi zupełnie zabraknie treści i być może mam za swoje, że moje minimalistyczne oczekiwania dalej były zbyt wygórowane. Trzecia odsłona miała za mało do powiedzenia, żeby uratować się jako porządny film – trzeba go było więc wypchać przedłużonymi scenami umierania, długą i jakże zaskakującą sekwencją z orkiem pływającym pod lodem i Thorinem goniącym go jak kot laserowe światełko czy romansem, a resztę, której dalej było za dużo, zapełnić bitwą, bitwą i bitwą, posiekać to wszystko i wrzucić do filmu, w mniej więcej ustalonej wcześniej kolejności, chociaż główną dominantą kompozycyjną był jednak chaos. Co zresztą innego miałoby być, skoro nie było nawet czego porządkować. Szkoda tylko, że nawet te kilka fabularnych nitek, które były do uratowania, poświęcono dla glorii efektów specjalnych czy zwykłej szarpaniny (zrzucanie Bilba z bramy, scena kuszenia Thorina na złotej posadzce, z rozchwianą kamerą w roli głównej i, yyy, czym tam się coś jeszcze działo?).

Szkoda mi też, że w szerszej perspektywie Hobbit okaże się chyba (nie będę tego weryfikować w najbliższym czasie, Hobbit bardzo skutecznie odstraszył mnie od filmowego Śródziemia) niezręcznym prequelem. Trudna do wytłumaczenia ignorancja Białej Rady będzie boleć (tak, okej, zdrada Sarumana, ale przesz przeszło pół wieku nikt nie miał okazji zapytać jakiegoś Gondorczyka „co u was słychać, jak tam cień na Wschodzie?” i dostać w odpowiedzi „jaki, cholera, cień?”). Nie jestem pewna, czy Władca Pierścieni należycie sprzedaje relację Aragorna i Legolasa jako bardzo starą i wypróbowaną przyjaźń, wysłanie go na Północ było więc wyjątkowo tanim sposobem na pokazane, że pamiętają o jakimś następnym filmie – zwłaszcza bez słowa wytłumaczenia, dlaczego właściwie nie może wrócić do Mrocznej Puszczy. Optymistycznie zakładam, że nie chodzi o Tauriel i bardzo ładnie proszę o niepodważanie tego założenia. Chyba że ta scena była zapowiedzią osobnego filmu o przygodach Legolasa i Aragorna. Albo serialu. Albo nowej serii Elfy Ninja). Kilka paraleli – w tym zbyt natrętnych paraleli, jak syczący do Thorina wielki skarb i jego metafizyczna zła siła, niezbyt udanych paraleli jak wcale-nie-śmieszny doradca króla, pozbawiona jakiejkolwiek złożoności albo fabularnego uzasadnienia wersja Grimy – to tak jakby trochę mało, fajniejsze byłoby zachowanie ciągłości. Jest to zapewne trudne, kiedy kręci się prequel po sequelu, ale hej, czy oni przypadkiem nie mieli książki, na której mogliby się w tym ciężkim zadaniu wzorować? Może tam były jakieś dobre pomysły.

środa, 24 września 2014

10 listków z drzewa opowieści

...czyli zostałam otagowana. Nie będzie jednak - plot twist! - o książkach.

Cudowna Ola (Anth) zmodyfikowała dla mnie zasady słynnej książkowej zabawy. Ulubione książki, jeśli miałabym reagować na każde tagowanie, musiałabym wymienić już co najmniej sześć razy, a to tylko na Facebooku. Dziwnym trafem nikt w mojej najbliższej okolicy nie wpadł na pomysł, by grę trochę zmodyfikować, a przecież aż się prosi... Aż do teraz, bo oto postawiono mi wyzwanie wymienienia 10 filmów, które wpłynęły na mnie w sposób znaczący. Nareszcie!

Nie, żeby było to zadanie szczególnie łatwe. Teraz, gdy się nad tym zastanawiam, mam w głowie pustkę. Ale spróbuję, nie podpierając się Filmwebem, przypomnieć sobie jakieś tytuły...

Kolejność całkowicie losowa.

1. Prestiż Christophera Nolana. Wszystko w tym filmie mnie zachwyca. Fabuła, scenografia, bohaterowie, gra aktorska, klimat - to taki film niemal doskonały, który mogę oglądać w kółko i za każdym razem dostrzegam jakieś nowe szczegóły. Gdyby ktoś przyparł mnie do muru i grożąc ostrym narzędziem kazał wyznać, jaki jest mój ulubiony film, wymieniłabym pewnie właśnie ten.

2. Stargate. Bardzo starannie nie umieszczam tutaj seriali - byłoby za łatwo - ale film Emmericha, choć bez wahania przyznaję - pod wieloma względami dość koszmarny, skierował mnie na bardzo niebezpieczną ścieżkę. To nie do końca tak, że przez niego zakochałam się w tasiemcowatych serialach SF, kosmitach i starożytnym Egipcie, ale gdyby nie on, to na pewno nie wpadłabym w taką fazę i pewnie byłabym teraz kimś trochę innym.

3. Star Trek J.J. Abramsa. Mam temu filmowi sporo do zarzucenia, zwłaszcza od czasu poznania pierwowzoru, ale wszystkie problemy nikną w obliczu tego, że ja strasznie, strasznie kocham ten film - za bohaterów, pędzącą akcję, lekką atmosferę, flary i to, jak niezawodnie jest w stanie poprawić mi humor.

4. Penelope - nowość na liście moich ulubionych filmów, ale tytuł, który momentalnie podbił moje serce. Lubię takie baśniowe klimaty, a ten film ma poza tym cudowną wymowę, która została mi gdzieś z tyłu głowy. Mam ochotę pokazywać go wszystkim, a potem przepytywać z treści. Strzeżcie się.

5. Wydaje mi się, że powinien się też tu znaleźć film Never Let Me Go. Widziałam go wprawdzie tylko raz - większość tytułów z tej listy widziałam wielokrotnie - ale, cóż, nie opuścił mnie. Złamał mi serce, przeraził, straszliwie zasmucił - jest przepiękny, oszczędny, z pustymi miejscami na wybrzmienia, które zakradają się chyłkiem i walą w tył głowy. Jego jedyną wadą jest to, że po nim książka Ishiguro wypada dość blado.

6. Podobnie jest z Gattacą - miłość od pierwszego (i na razie jedynego) oglądania. Bardzo cenię SF jako gatunek i jestem w stanie wiele znieść, gdy to wiele ubrane jest w tę konwencję, ale Gattaca jest po prostu rewelacyjnym, przepięknym, wbijającym się w pamięć filmem, do którego będę wracać nie tylko dla nieziemskiej urody Jude'a Lawa.

7. Atlas chmur też musi się tu znaleźć. Piękne historie splecione misternie w jeszcze piękniejszą historię; jeden z tych filmów, w których przy każdym kolejnym oglądaniu odkrywam coś nowego. Chyba tylko takie filmy jestem w stanie naprawdę lubić. Taki casus Moffata, y'know. Lubię puzzle.

8. Amadeus jest w moim domu filmem dyżurnym i domyślnym - co jakiś czas ktoś rzuca hasło „a może zobaczymy Amadeusza?” i wszyscy grzecznie siadają przed telewizorem. Przepiękny, przejmujący, perfekcyjnie nakręcony, równocześnie przygnębiający i zabawny, wyzwalający pełną gamę emocji - wielka miłość od bardzo dawna.

9. Kontakt, jak sądzę - nie jest filmem idealnym, ale bardzo mocno na mnie wpłynął. Nie wiem, ile miałam lat, gdy po raz pierwszy go zobaczyłam - może 12? Może mniej? Ale przez lata miałam gdzieś z tyłu głowy marzenie by, jak dorosnę, zostać jego bohaterką. To ciągle gdzieś we mnie jest i choć nigdy tego nie zrealizuję, to jest to dla mnie ciągle bardzo ważna wizja, która niewątpliwie w jakiś sposób mnie kształtowała i kształtuje.

10. Donnie Darko, festiwal ponurości i pesymizmu, najdziwniejszy chyba film na tej liście - ale zobaczyłam go i ze mną został.

Na pewno zgubiłam coś ważnego. Na pewno rano się obudzę z myślą, że popełniłam straszliwą zbrodnię, nie wymieniając jakiegoś kluczowego dla mnie tytułu. Ale trudno - miało być spontanicznie.

Nie będę nikogo tagować, bo nie wiem za bardzo kogo - na Facebooku jakoś łatwiej. ;) Ale jeśli ktoś chce się pobawić, to gorąco zapraszam i proszę o rzucenie we mnie linkiem do powstałej listy.

środa, 20 sierpnia 2014

Irene Adler


Scandal in Belgravia zawsze był dla mnie jednym z najbardziej problematycznych odcinków Sherlocka – i dalej nim zostaje. Patrząc na to, że na problemach z trzecim sezonem mogłabym wyhodować osobny zagajnik (nie, raczej nie sadzonka alert), czas może wreszcie nadać jej jakąś konkretną formę. W tym wypadku, formę drzewka.

Irene Adler jest ważnym, ale – teoretycznie – możliwym do pominięcia elementem holmesowego kanonu. Występowała w jednym opowiadaniu. Holmes wspomina o niej może dwa razy w innych. Zyskała jednak szaloną popularność wśród czytelników – podejrzewam, że głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, nawet jeśli Watson wprost napisał, że Sherlock Holmes nie był zakochany w Irene, z całej jego narracji wynika, że nie był wobec niej całkowicie obojętny – a jakaż tradycja literacka jest starsza niż dobry ship? Po drugie, jak przyznaje Holmes, były trzy osoby, które go pokonały, ale Scandal in Bohemia (Irene Adler, w polskim tłumaczeniu) to jedyna z tych historii w pełni opisana w kronikach Watsona. Dodatkowy, trzeci powód jest taki, że Irene Adler to fantastyczna postać.

Postawiona przeciwko ukochanemu przez rzesze czytelników detektywowi, daje radę wygrać z nim i wcale nie być czarnym charakterem. W wydanym w 1891 roku opowiadaniu, przynajmniej. Współczesne adaptacje zdecydowanie wolą spychać ją do tej kategorii, zgodnie z przestarzałą dość regułą, że Główny Bohater Ma Zawsze Rację.

Pierwszy z tą błyskotliwą ideą wyskoczył film Ritchiego, w którym Irene była złodziejką i miała jakieś niejasne powiązania z jego ekscelencją, doktorem Moriartym, z tego co pamiętam nie do końca dobrowolne. Do Sherlocka wrócę za chwilę, przeskoczę jeszcze na moment do następnej Irene, Irene z Elementary, o której kilka słów jest na dole tego drzewka w kategorii spoilery. Nie jestem pewna, czy przeszło rok od finału jest to dalej bardzo tajemniczy spoiler, niemniej był to dobry odcinek i nie chciałabym brać na siebie odpowiedzialności z ewentualnego zepsucia komuś niespodzianki, dół, na własną odpowiedzialność.

Rozumiem, że (filmowa) złodziejska profesja Irene miała w jakiś sposób odpowiadać jej skandalicznie nieprzystojnemu zawodowi aktorki. Nawet jeśli osadzony teoretycznie w kanonicznym czasie, film ma z realiami epoki bardzo niewiele wspólnego i trudno byłoby oddać jakiekolwiek poczucie skandaliczności oryginalnej kariery Irene. Pozostaję sceptyczna wobec skuteczności tego rozwiązania, ale chyba taka jest jego logika.

Sherlock bardzo sprytnie wymyślił sobie dominatrix, zachowując to samo rozchwianie między tym, że nie jest to jeden z zawodów, które standardowa, konserwatywna matka (o ojcu nie wspominając) doradza swojej dorastającej córce, a tym, że nie jest to problem osoby, która go wykonuje, tylko uprzedzonego społeczeństwa. Jest to mądra analogia do operowej kariery w XIX wieku.

Dlaczego jednak, na miłość boską, wpychać ją przy tym w konszachty z Moriartym?

Oryginalna Irene Adler nie miała nic wspólnego z ciemną stroną mocy. Czas na to, żeby przypomnieć sobie treść Scandal in Bohemia był już dawno, drzewko byłoby mniej krzywe, ale tutaj tendencyjnie przyda mi się najbardziej.

Do Sherlocka Holmesa przychodzi zamaskowany, tajemniczy klient – albo może raczej klient, który myśli, że jest tajemniczy, Holmes domyśla się jego tożsamości szybko, skutecznie i ku wielkiemu swojemu zadowoleniu. Czeski monarcha we własnej osobie. Czeski monarcha, który chce zawrzeć odpowiedni dla swojej monarszej pozycji związek małżeński i boi się, że fotografia z grzesznej przeszłości pogrzebie jego dynastyczne plany. Stwierdza, że kobieta, z którą jest na tej fotografii, grozi jej publikacją i oznajmia zaintrygowanemu Holmesowi, że musi zdjęcie odzyskać. Być może nie do końca świadomie podbija stawki, opowiadając o krokach, które już podjął (i które mu guzik dały) – kobietę zatrzymał już kilka razy i przeszukał, jej dom przetrząsnął (ransack, mówi, a Oxford Dictionary podpowiada usłużnie, co może kryć się pod tą czynnością: 1) Go through (a place) stealing things and causing damage:, 2) Search (a place or receptacle) thoroughly, especially in such a way as to cause harm). Nie ma przy tym mowy, żeby Irene czegoś chciała – nie ma mowy o żadnym szantażu, odmówiła też sprzedaży zdjęcia, ta propozycja była królewskim pierwszym krokiem. Czarna, gradowa chmurka na świetlistym niebie małżeńskiej szczęśliwości, Irene nie szuka zysku, grozi sabotażem zbliżających się zaręczyn bezinteresownie, jako zawistna była kochanka. O żadnych próbach cywilizowanej rozmowy nie ma wprost mowy, być może – niewinne przypuszczenie – że jedna strona była przyzwyczajona do dostawania tego, czego chce od razu i bez gadania i próba takiego rozwiązania nie przyszła jej do głowy. Dając mu mały kredyt zaufania, może i próbował, i Irene powiedziała mu, żeby poszedł do diabła, fotografia należała w końcu do niej i nie jej problemem było ukrywanie tego związku. Nic o cywilizowanej rozmowie nie wspomina, w każdym razie.

Podbite stawki pochłaniają uwagę Holmesa i przyjmuje sprawę, jakby dostał właśnie prezent świąteczny. Komplikacje, jakie napotyka, to dla niego dodatkowe bonusy – a są to ciekawe komplikacje. Wynikają bowiem z tego, że w opowieści o genialnym detektywie, w którym jego kronikarz nie spotyka ich przeciwniczki osobiście, nie ma więc dla niej dużo miejsca, Irene zdołała zapewnić sobie całkiem autonomiczną historię. Nie przez to, że Holmes jest zaangażowany w rozwiązanie związanej z nią sprawy, to jest naturalna konstrukcja opowieści detektywistycznej, jakaś niewłasna historia, którą detektyw odkrywa. Co wyróżnia Irene to prosty fakt, że Holmes nie tyle odkrywa jej życie, podczas kiedy ona biernie czeka na ostateczny werdykt. Przeciwnie, Holmes plącze się w nie i, zmuszony do nadganiania w dyktowanym przez nią rytmie, daje radę jedynie dotrzymać jej kroku. Do czasu, rzecz jasna. Znienacka jest świadkiem jej ślubu (i świadkiem na jej ślubie), co w praktyce oznacza przyspieszenie jej wyjazdu, co oznacza komplikację jego planów, co oznacza konieczność improwizacji, z której koniec końców jest niezwykle zadowolony. Jak się rychło okazuje, niesłusznie.

Watson, jak powiedziałam, nie ma kontaktu z Irene, nie ma więc szansy, żeby dać się jej wypowiedzieć. Wiemy tyle, co powiedział o niej czeski monarcha, który mi osobiście wydaje się człowiekiem raczej wątpliwej jakości i pierwszej wody dupkiem, więc do tego, co mówi o swojej byłej kochance (do której zresztą dalej coś czuje) podchodzę z pewną ostrożnością.

Z jej strony dostajemy jeden, krótki list. Dostajemy go, kiedy Irene zniknęła już ze sceny - po tym Holmes spróbował już wyrwać jej upragnioną fotografię, a ona zorientowała się w jego grze. Holmes władował jej się do domu pod zmyślonym pretekstem – zatrudnił ludzi, którzy udawali, że próbują wyrwać jej torebkę, podczas gdy on bohatersko broni jej mienia i honoru; następnie z pomocą Watsona, który miał przynajmniej na tyle przyzwoitości, żeby czuć się z całą maskaradą trochę głupio, wywołał równie fałszywy alarm, produkując dym i zmuszając domowników do ucieczki, a Irene do zdradzenia, gdzie ukryła najcenniejszą dla niej rzecz, fotografię właśnie. Holmes, bardzo tą sztuczką satysfakcjonowany, wraca na Baker Street z przekonaniem, że jutro sprowadzi Irene na głowę swojego klienta – klienta, który, pozwolę sobie przypomnieć, kazał dwa razy przetrząsnąć jej dom, dwa razy ją przeszukać i raz przeszukać jej bagaż, podejrzewam więc, że nie byłby mile widzianym gościem. Przyznam się więc do wielkiej satysfakcji, kiedy następnego dnia panowie zastali dom pusty, fotografię znikniętą i list w tonie dużo uprzejmiejszym niż sobie na to zasłużyli.

Dlaczego fotografia była dla Irene najcenniejszym przedmiotem? Wątpliwe, żeby czuła coś jeszcze do dawnego kochanka, dopiero co wzięła ślub. Nie chciała za nią pieniędzy, nie chciała nią szantażować. Gdyby faktycznie była tak mściwa, jak chciał klient Holmesa, opublikowałaby ją zgodnie ze swoją – rzekomą – zapowiedzią, spowodowała międzynarodowy skandal i narobiła kłopotów. Nie opublikowała jej. Jeśli faktycznie zagroziła, że to zrobi – a nie, dajmy na to, miłościwie Czechom panujący uznał za stosowne zabezpieczyć się na wszelki wypadek i tylko powiedział, że mu groziła – zrobiła to pewnie w pierwszym odruchu emocji, ponieważ, jak Irene pisze w pozostawionym liście, król w przeszłości czymś ją skrzywdził (pisze o sobie cruelty wronged) – możemy się domyślić, że co najmniej odprawił ją w jakiś parszywy sposób albo długo zwodził obietnicą małżeństwa (albo jedno i drugie, albo coś jeszcze w bonusie). Pisze, że zachowuje fotografię jako zabezpieczenie przed przyszłymi knowaniami tego fantastycznego człowieka. Być może ma z tym jakieś doświadczenie – i pewnie dlatego, jako polisa ubezpieczeniowa, z całego jej dobytku to właśnie fotografia przedstawiała dla niej najwyższą wartość. Niemniej, koniec końców, mimo że król po raz kolejny nasłał kogoś na jej prywatne życie, decyduje się niczego nie publikować (a mogłaby to zrobić, ze specjalnymi pozdrowieniami dla Sherlocka Holmesa).

Podejrzewam, że dlatego, że Irene była od nich wszystkich lepsza.

Z pewnością lepsza od małostkowego króla, który w przeszłości w jakiś sposób ją zranił. Który, najprawdopodobniej nie potrafiąc zwrócić się do niej osobiście, chciał ją kupić, a kiedy to nie poskutkowało - kiedy nie chciała zrezygnować z jedynego elementu zapewniającego jej jakąkolwiek przewagę w niezbyt równej relacji - potraktował ją miłą kombinacją włamywaczy i prywatnych detektywów.

Była też zresztą lepsza od wściekle konserwatywnego społeczeństwa, które rzuciłoby się na skandal, jaki wywołałaby publikacja fotografii z iście sępim zainteresowaniem. Watson pisze na początku o Irene, że była kobietą o wątpliwej przeszłości (dubious and questionable) – być może to zdanie z początku jego relacji popchnęło niektóre adaptacje w stronę robienia z niej czarnego charakteru. Z samego opowiadania wynika jednak, że Watson wypowiada się jako modelowy członek wiktoriańskiego społeczeństwa: poza karierą zawodową, Irene zgrzeszyła przesadną niezależnością i seksem pozamałżeńskim. Jej antagonistyczna pozycja wobec Holmesa była aktem samoobrony, to on wepchnął się jej do domu.

Od Sherlocka Holmesa Irene też była zresztą lepsza, również – nie wyłącznie – merytorycznie. Przejrzała go, ograła, bezdyskusyjnie wygrywając, ale nawet nie tylko o to chodzi. Holmes, przy swoim upodobaniu do mizoginistycznych uwag od czasu do czasu, tendencji, którą Watson opisuje jako cokolwiek wygasłą po przygodzie z czeskim królem, stawał po stronie swoich klientek w niezliczonych trudnych sytuacjach. Pomagał im uporać się z morderczymi pracodawcami, natrętnymi konkurentami, którzy nie rozumieli słowa „nie”, chciwymi na ich pieniądze ojczymami, sekretami z przeszłości, które mogły zniszczyć ich życie. Kanoniczny Sherlock Holmes, cokolwiek próbują pokazać współczesne adaptacje, (z Sherlockiem na czele), miał na podobne tematy wyrobioną, jasną opinię i nie potrzebował nikogo, żeby szeptał mu do ucha not cool. Ostatecznym zwrotem akcji w Scandal in Bohemia jest nie tylko to, że Sherlock Holmes przegrał. Sherlock Holmes zdał sobie przede wszystkim sprawę, że od początku reprezentował nie tego klienta, którego by wolał. Widać to bardzo wyraźnie po jego chłodnej, dyskretnej pogardzie wobec czeskiego króla, kiedy przeczytali list od Irene:
‘What a woman – oh, what a woman!’ cried the King of Bohemia (…). ‘Did I not tell you how quick and resolute she was? Would she not have made an admirable queen? It is a pity that she was not on my level?’
'From what I have seen of the lady, she seems, indeed, to be on a very different level from your majesty,’ said Holmes coldly.
 [A. Conan Doyle, Scandal in Bohemia
A potem nie zauważa wyciągniętej do pożegnalnego uścisku ręki swojego klienta – raczej ostentacyjny gest ze strony angielskiego dżentelmena o nienagannych manierach. Chyba, że przyjmiemy, że każdemu się zdarza coś przeoczyć i koncentracja Holmesa akurat na moment się wyłączyła.

Znalazł się nie po tej stronie, ale strata była niewielka, ponieważ Irene, ta z końca XIX wieku, zupełnie go nie potrzebowała. Dopiero Irene z XXI wieku, Irene, która z nim przegrała, potrzebny był, żeby – zatrważająco dosłownie – uratować jej życie, po tym jak pokazał jej, gdzie jest jej miejsce. Bardzo. Zły. Kierunek.

Jednym z argumentów usprawiedliwiających odwrócenie ról w Sherlocku bywa to, że stawki w Scandal in Bohemia są wyższe. Zważywszy, że oryginalna Irene miała w ręku wszystkie karty, nie jest to ściśle rzecz biorąc prawda, ale nawet pomijając ten aspekt, przyjmując na moment taką logikę – stawki były wyższe, ponieważ scenarzyści Sherlocka tak je napisali. Z kobiety, która zwyczajnie odmówiła oddania potężniejszemu od siebie byłemu kontroli nad własnym życiem i zdołała zabezpieczyć swoją przyszłość, nie robiąc przy tym nikomu krzywdy, zrobili tę, którą potężniejszy były próbował odmalować w salonie mieszkania przy Baker Street. Wyłącznie ich wymysłem jest Irene biorąca udział w jakimś spisku terrorystycznym – jakby nie dość mu było wad, Skandal in Belgravia był dla mnie narracyjnie wyjątkowo mętnym odcinkiem i do dzisiaj nie wiem, o co dokładnie w nim chodziło [przypis: próbowałam zdobyć jakąś wiedzę przez recenzję/streszczenie z A.V. Clubu, ale jedyne, co mi to dało, to znalezienie kolejnej fabularnej dziury, ogłaszam niniejszym bezwarunkową kapitulację na tym polu], niemniej był tam jakiś samolot, jacyś terroryści i jakieś zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Niewątpliwie była tam Irene, która sama z siebie, jako rodzaj niebezpiecznej zabawy, zbiera materiały do szantażu. Ba, na koniec odcinka, zanim okaże się, że jej niefortunne, z księżyca wzięte zauroczenie doprowadziło ją do zguby (błąd, na który jej kanoniczna odpowiedniczka z pewnością przewraca oczami), ma przed sobą na kolanach, jak mówi, cały naród brytyjski, życia liczone w setkach, jeśli Mycroft nie spełni jej wygórowanych żądań – zajmuje się więc, na dużą skalę, precyzyjnie tą czynnością, którą kanoniczny Holmes gardził bardziej niż morderstwem.

Z kobiety, która zyskała dezaprobatę społeczeństwa przed zbyt, na jego gust, niezależny tryb życia, Irene stała się czarnym charakterem, który faktycznie temu społeczeństwu zagraża. Relacja z oryginałem, która się tu tworzy – a od której Sherlock nie może się odżegnać, skoro regularnie ją wykorzystuje (albo przynajmniej chce wykorzystywać, jak długo umieszcza nazwisko Conan Doyla w czołówce) – nie jest najszczęśliwsza.

Zupełnie osobnym tematem byłoby to, dlaczego Sherlock tak bardzo nie lubi kobiet z kanonu w ich oryginalnych, niezbrodniczych wydaniach. W finale trzeciej serii, do Irene przyłącza się Mary Morstan, zdemaskowana przez Sherlocka jako płatna zabójczyni (na emeryturze). Zidentyfikowana po tym, jak, żeby ochronić swoje tajemnice, strzeliła do Sherlocka, co byłoby skutecznym sposobem powstrzymania go przed podzielenia się wiedzą z jej mężem – gdyby nie to, że rzekomo strzeliła tak, żeby go nie zabić (i co z tego, że w boleśnie długiej, introspektywnej sekwencji pokazane było jak byk, że przy życiu koniec końców utrzymała go nie precyzja Mary, a jego niegasnący nigdy geniusz w połączeniu z troską o Johna). Narracja wykorzystała to do radosnego powiedzenia „okej, to w takim razie nic się nie stało, wszyscy jesteśmy przyjaciółmi” i nikt się zbyt długo nie zatrzymywał nad kłopotliwym pytaniem, w czym, skoro nie w ostatecznym uciszeniu świadka, który wie za dużo, miała w takim razie pomóc cała szopka i czy strzelanie do innych ludzi to na pewno nie jest żaden problem. Pozostaje ono równie beznadziejnie bez odpowiedzi, co pytanie o to, dlaczego najszybsza droga do grona silnych postaci biegnie przez aktywne działanie w stronę zrobienia komuś krzywdy.

Chociaż w ten sposób klaruje się przynajmniej jedna rzecz (i może wrócę do Scandalu, wypuszczanie się w stronę trzeciej serii to kiepski pomysł). W logice większości seriali kryminalno-sensacyjnych, które lubią żonglować zagrożeniem terrorystycznym, ale nie mogą nic tak naprawdę wysadzić, bo za bardzo zmieniłoby im to realia świata przedstawionego, taka Irene faktyczni musiała zostać powstrzymana. Więc zostaje – powstrzymana, zdemaskowana, błaga braci Holmes, żeby zapewnili jej ochronę. Sherlock wychodzi, Mycroft (zapewne) odmawia i chwilę potem z kolei mamy Irene na kolanach (naród brytyjski pozdrawia), w środku nocy, na pustyni, ze łzami w oczach oczekującą na finałowy cios ze strony skrytego za turbanem faceta (skrytemu za maską czeskiemu królowi byłoby pewnie trochę przykro na taki obrót sytuacji, ale hej, westchnąłby, ostrzegałem was zawsze, że jest niebezpieczna) i chyba mniej irytującym zakończeniem tej sceny byłoby, gdyby faktycznie zginęła. Ale nie, Sherlock Holmes nagle postanowił jednak być szlachetnym bohaterem i popraktykować przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet akurat na tej jednej, która w ogóle nie powinna go potrzebować, a jakaś część widowni mniej lub bardziej metaforycznie rzuciła czymś w ekran.

Ponieważ, naprawdę, ze wszystkich ludzi, ze wszystkich kobiet, które Sherlock mógł ratować, Irene była najmniej fortunnym wyborem. Irene wyrosła na postać symboliczną, na jedną z ukochanych kobiecych postaci właśnie dlatego, że reprezentowała sobą tak rzadkie, wtedy zwłaszcza (a i do dzisiaj nie dość częste), głośne, i bezdyskusyjne babskie „TAK, MOŻEMY” i tak, mamy prawo do własnego życia, własnej historii – i nie, nie zawsze potrzebujemy faceta do rozwiązania naszych problemów.

Sherlock Holmes pomógł wyjść z niemożliwie trudnych sytuacji wielu kobietom i wiele z nich – rezolutnych, zachowujących zimną krew wobec zagrożenia, inteligentnych – nadawałoby się do opowieści, w której odkrywa w sobie małego rycerza na małym białym koniu. Violet Hunter, guwernantka, która wywęszyła, że jej pracodawca jest raczej podejrzaną figurą i sprowadziła mu Holmesa na głowę. Panna Dunbar, z The Problem of Thor Bridge, która próbowała wykorzystać zauroczenie swojego pracodawcy do sprowokowania go do zrobienia czegoś pożytecznego ze swoją fortuną i skończyła oskarżona o morderstwo. Mary Morstan, bardzo daleka od profesji seryjnego zabójcy, za to zamieszana w sekretną przeszłość swojego ojca i zdecydowanie potrzebująca profesjonalnej pomocy. I tak dalej. Conan Doyle opisał sporo takich historii. Być może – paradoksalnie – dlatego, że nie był wyśmienitym pisarzem (z całą miłością) i nie wiedział, jak płynniej włączyć ich opowieści w ciąg narracji, dawał im sporo miejsca, żeby mówiły w swoim imieniu.

Irene Adler nie opowiedziała swojej historii, nie była bowiem bohaterką, która przyszła na Baker Street prosić o pomoc. Była tą, która doskonale poradziła sobie sama, w niesprzyjającej kobietom epoce, i rzesze czytelniczek pokochały ją za to na zawsze i absolutnie nie chciały widzieć jej na kolanach. Nie jestem pewna, czy coś mogłoby temu zakończeniu pomóc, ale jeśli coś mogło mu jeszcze bardziej zaszkodzić – to sposób, w jaki Irene poniosła klęskę. To, że z ich dwójki właśnie Irene popełniła oparty na emocjach błąd, dała się zauroczyć i przyspieszony puls był jej zgubą.

Jak napisałam na początku, shippowanie Irene i Holmesa nie jest raczej niczym nowym. Watson pisze kategorycznie, że Holmes nie miał żadnych romantycznych uczuć względem niej, wydaje mi się jednak, że można potraktować jego słowa z pewnym sceptycyzmem, jeśli komuś by na tym zależało i ich potencjalne intelektualne partnerstwo daje pewne podstawy do zrobienia z nich pary w jakimś inaczej ułożonym, alternatywnym uniwersum.

Do czego kanon nie daje żadnej podstawy, to ułożenie nieodwzajemnionego zauroczenia między nimi tak, że to Irene pozostała stroną wzdychającą. Nie. Irene spotkała Holmesa, popatrzyła na niego z zainteresowaniem, ale potem wzięła swojego świeżo poślubionego męża i zniknęła z horyzontu. Sherlock Holmes wyłącznie stał jej na drodze i Irene wyraźnie nie była zainteresowana wzdychaniem do niego.

Wracamy do problemu luźnej adaptacji i tego, że Sherlockowi zasadniczo nic nie stało na przeszkodzie, żeby całą sytuację przetasować, nie musi wiernopoddańczo oddawać kanonu – niemniej, jak długo z kanonu bezpośrednio czerpie, tak długo nie uniknie bezpośrednich porównań do niego i wynikających z nich pytań. Dla części zakochanych w oryginale fanów było to zapewne pytanie „na miłość boską, dlaczego?”. W bardziej rozwiniętej formie można by je postawić mniej więcej tak: czy krótki żart słowny naprawdę był warty tego, żeby we współczesnej adaptacji odpowiedniczka wiktoriańskiej, zwycięskiej bohaterki musiała błagać mężczyznę o zapewnienie jej ochrony po tym, jak wygłosił przemowę zakończoną złośliwym podziękowaniem, za ostateczny dowód, że miłość jest przeszkodą? (I've always assumed that love is a dangerous disadvantage. Thank you for the final proof, triumfuje Sherlock, na co Irene odpowiada, już bezradnie, już ze łzami w oczach: Everything I said, it's not real. I was just playing the game. Przynajmniej nie dodaje żadnego please like me back).

Sherlock postanowił opowiedzieć historię Irene Adler na odwrót – po przeszło stu latach, robiąc wreszcie porządek z kobietą, która zmyliła inteligencję Sherlocka Holmesa. Na końcu przynajmniej również Sherlock okazuje się zainteresowany Irene – nie jest to może pełna podmiotowość we własnej historii, coś, czego można by oczekiwać od XXI-wiecznej adaptacji opowieści o kobiecie, która zyskała pełny podziw przeciwnika, jednocześnie pokazując mu, jak bardzo nie zrozumiał, której stronie pomaga, przechytrzając go i zachowując całkowitą kontrolę nad swoim życiem, ale najwyraźniej, tyle musi wystarczyć. Koniec końców, kiedy dla dawnej Irene opinie Holmesa były przypadkowym produktem ubocznym w zwycięskim pojedynku, to zainteresowanie Sherlocka ocaliło współczesnej Irene życie. Na szczęście dla niej, zaciekawiła go, była większym wyzwaniem niż sprawy zwykle przynoszone przez jego klientów. I gdyby nie jej głupie emocje, gdyby nie to, że w obliczu genialnego detektywa nie mogła przecież myśleć do końca racjonalnie, byłaby pewnie zagrożeniem.

Ktoś wreszcie dostrzegł rację czeskiego króla.




[Elementary, spoilery: tutaj trochę zależy jak na to spojrzeć. Połączenie mojej głębokiej sympatii do tego serialu i filologicznego umiłowania do komplikacji daje w efekcie interpretację, w której Irene Adler była jedynie mitem – utalentowaną malarką, niekonwencjonalnie chroniącą wybrane dzieła sztuki przez profaństwem kustoszy muzeów, która jednak została całkowicie skonstruowana na użytek Sherlocka. Jedyne, co z tego mitu zostało, to pokomplikowana relacja, jaka łączy go potem z Moriarty, Irene i Jamie są tu dwiema osobnymi postaciami, z których tylko jedna istnieje tak naprawdę, a druga jest równie nieprzestępcza, co fikcyjna. Można jednak spojrzeć na to w sposób prostszy, a też uzasadniony: Irene Adler okazała się aliasem złego geniusza. Przynajmniej jednak nikogo o nic nie błagała i koniec końców jej zgubą okazała się Joan, nie Sherlock.]